Szczęściarz

Gorąco polecamy książki „Szczęściarz urodzony w PRL-u” autorstwa Józefa Stępnia.

Osoby zainteresowane kupnem książek prosimy o wiadomość przez zakładkę  „Kontakt”

Od Autora książki

Potrzeba wydania tej książki dojrzewała we mnie od wielu, wielu lat. Już jako nastoletni chłopak miałem swoje marzenia. Nie mogłem jednak pogodzić się z tym z czym przyszło mi się zmagać. To, że przetrwałem życiowe kryzysy związane z wiekiem dorastania zawdzięczam przyjacielskiej postawie moich rodziców.

Dzisiaj w dobie wielkiego upadku moralnego autorytetów, zauważyłem, że u wielu moich rodaków pojawiły się trudności w odpowiedzi na pytania: Co jest właściwie dobre, a co złe? Co dzisiaj jest dozwolone, a co nie? Kto właściwie ustala co jest dobre a co złe? Ludzkość chce poznać przyszłość idąc po linii najmniejszego oporu. Parapsychologiczne linie telefoniczne są oblegane przez zainteresowanych swoim przyszłym losem. Serwują one fikcyjne prognozy tego, co przyszłość przyniesie dzwoniącemu – oczywiście za odpowiednią opłatą. Dlatego tak śmiertelnie poważne jest pytanie: „Po co właściwie żyję?“

Dane mi było zrozumieć, że gdyby sensem naszego życia była tylko ciężka praca, to lepiej byłoby zakończyć życie mając lat np. osiemnaście. „Całe życie pracowałeś…”, a z osiągnięciem wieku emerytalnego kojarzy się czas odejścia. Okropne! Bo dokąd teraz? Koniecznym jest zatrzymać się i zadać sobie pytanie:„Po co tu jestem? Po co jestem człowiekiem? Po co żyję?”. Niedola powstaje wtedy, gdy nie odróżniamy tego co dobre, od tego co złe. Przykre słowa, przekleństwa, złość, zazdrość, zdrada, podłość, egoizm, korupcja, agresja, przemoc, chuligaństwo, kłótnie polityków, chęć wykorzystywania i zabijania drugiego człowieka dla brudnego zysku, dopalacze, narkotyki– to wszystko rani i niszczy życie ludzi. Kto za tym stoi? Coraz częściej i głośniej mówi się o kryzysie wiary.

W Biblii są słowa, które przenikają człowieka do szpiku kości: „Postanowione jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd…”. Czy pomimo tego światowego chaosu istnieje możliwość przeżycia życia bez odwiedzania gabinetów psychologów i psychiatrów? Jeżeli ktoś z Twojego kręgu bliskich czy znajomych zmaga się z problemami i nie daje rady – koniecznie powinien przeczytać choćby tylko kilka prawdziwych historii znajdujących się w tej książce.

Józef Stępień

Książka zawiera 132 prawdziwe historie ludzi w różnym wieku, pochodzących z różnych środowisk, którzy doświadczyli przełomowych, pozytywnych zmian w swoim życiu.

Poniżej (dzięki uprzejmości autora) pragniemy zamieścić kilka świadectw zamieszczonych w książce.

„Żyj tak jakbyś miał jutro umrzeć”

Ryszard[show_more more=”rozwiń” less=”zwiń”]

Urodziłem się w Stalowej Woli w okresie komunistycznej Polski. Ojciec dużo pił. Z tego powodu było duże zamieszanie w domu dochodziło pomiędzy rodzicami do rękoczynów. Ojciec wyprowadził się do innej kobiety. Jako młody chłopak uganiałem się za piłką. Przeczytałem też dzieła Lenina. Żyłem pośród zabobonnych ludzi. Byłem już w tym czasie takim rozrabiaką, że moja matka powiedziała mi, że kiedyś dojdzie do tego, że piorun z jasnego nieba uderzy we mnie w kościele.

Mając 16 lat w okresie wakacji wyjeżdżałem na handel do Rumuni, ZSRR i na Węgry. Handlowałem złotem, dolarami ciągnąc duże zyski. Był czas, że w okresie wakacji zarabiałem więcej pieniędzy niż mój wujek inżynier budujący w tym czasie Hutę Katowice. Będąc uczniem ogólniaka chodziłem w najmodniejszych ciuchach, które kupowałem w Budapeszcie. Rozpocząłem studia na Uczelni Ekonomicznej w Stalowej Woli. Tam też poznałem Wiesię. Nastał czas strajków robotniczych w kraju. Byłem zaangażowany w protesty młodzieży studenckiej na uczelni. Przyjaźń z Wiesią miała swój owoc – urodziła chłopca, naszego synka Pawełka. Zalegalizowaliśmy nasz związek. W tym czasie nie byłem jeszcze odpowiedzialnym facetem, liczyło się przede wszystkim imprezowe życie.

Na 6 miesięcy przed ogłoszeniem stanu wojennego przerwałem studia i uciekłem do Austrii z myślą, że jak się kiedyś dobrze ustawię to ściągnę do siebie żonę i synka. Trafiłem do obozu dla uchodźców z zamiarem wyjazdu do Nowej Zelandii. W tym obozie byli ludzie z różnych krajów, a wśród nich 100 tysięcy Polaków. Mieszkałem w pomieszczeniu gdzie było nas 16-tu mężczyzn. Dość szybko nauczyłem się języka niemieckiego, rzuciłem palenie papierosów. Byli w obozie mężczyźni, którzy w głupi sposób tracili życie. Będąc pod wpływem alkoholu zamarzali zasypiając na ulicach.

Pewnego dnia do obozu przyjechali angielscy protestanci, którzy za darmo rozdawali Biblię Tysiąclecia. Gdy poprosiłem w języku polskim już nie mieli ale miał taką chłopak w obozie więc poprosiłem go i mi ją dał. Gdy trochę poczytałem publicznie szydziłem i naśmiewałem się z Pisma Świętego. Co jakiś czas z obozu wyjeżdżały kolejne osoby do Australii, a mnie nikt nie chciał złożyć propozycji na wyjazd.

Któregoś dnia poszedłem do parku usiadłem na ławce i podjąłem próbę porozmawiania z Bogiem w którego istnienie nie za bardzo wierzyłem. Dla sprawdzenia sugestii anglików zrobiłem próbę prosząc o pomoc i aby dał jakiś znak, że jest choćby przez poruszenie liśćmi na gałązce. Nic takiego się nie stało więc stwierdziłem, że nie ma Boga. Pomyślałem; gdybym ja był Bogiem to na pewno pomógłbym takiemu człowiekowi jakim byłem teraz ja. Od tego momentu postanowiłem być twardym facetem. Okradałem ludzi nie mając żadnych wyrzutów sumienia.

W obozie pojawili się komisarze z USA i jeden z kongresmenów zaproponował mi wyjazd do Ameryki. Nie byłem z tej propozycji zadowolony, ale nie mając innych ofert zgodziłem się. Pojawił się problem za co kupić bilet do Milwaukee. Milwaukee – miasto w Stanach Zjednoczonych, największe miasto w stanie Wisconsin. Leży w południowej części stanu, nad jeziorem Michigan, około 150 km na północ od Chicago. Udało mi się pożyczyć pieniądze od Caritasu, które po przylocie w niedługim czasie oddałem. W Stanach wylądowałem w lutym 1982 roku.

Na lotnisku oczekiwali nas dziennikarze, kamery.  Udzielając wywiadu kłamałem jak z nut. Wyszło na to, że byłem większym bohaterem opozycjonistą niż Wałęsa z którym miałem możliwość spotkać się jeszcze w Polsce gdy był okupowany budynek PZPR w Rzeszowie. Jeden z kolegów słysząc co mówiłem dziennikarzom, powiedział mi, że te moje kłamstwa wyjdą na jaw gdy oni sprawdzą jak było w rzeczywistości na podstawie dokumentów z Polski z tego okresu. Postanowiłem więc uciec z tego miasta.

Od marynarzy dostałem trochę pieniędzy wsiadłem w autobus i pojechałem do Detroit gdzie byli już koledzy, którzy wcześniej tam dotarli. Mieszkałem tam 3 lata prowadząc przestępczą działalność. Doszło do tego, że musiałem uciekać przed policją.

Wsiadłem w starego Valkswagena garbusa i wyruszyłem w drogę do Kalifornii do miasta Santa Barbara leżącego niedaleko Los Angeles. Jechałem bocznymi drogami przez Oklahomę. Gdy zrobiło się ciemno chciałem się gdzieś zatrzymać aby się przespać ale wszędzie widziałem tablice „Teren federalny” zakaz zatrzymywania się. Postanowiłem wjechać na jakiś bezludny poligon. Kiedy wjechałem na szczyt górki naraz poraził mnie oślepiający błysk następnie huk, uderzenie w samochód, który został oderwany od ziemi na pewną wysokość. Czuć było smród spalenizny. Moje włosy stanęły mi sztywne na głowie. Napełnił mnie ogromny strach. Pomyślałem, że wjechałem na poligon wojskowy i zostałem trafiony jakimś wystrzelonym przez żołnierzy pociskiem. Nagle kolejny błysk, huk, kolejne uderzenie w samochód w którym zgasły światła.  Okazało się, że trafiłem w burzę i dwukrotnie zostałem uderzony przez pioruny.

Gdy ochłonąłem pomału zjechałem do najbliższej stacji paliwowej oddalonej o wiele mil od najbliższej miejscowości. Okazało się, że amerykanie mieli jakieś dłuższe święto i na zatankowanie garbusa musiałem czekać trzy dni żyjąc tylko dzięki jednej butelce coca-coli. Po zatankowaniu paliwa na tej stacji nieco dalej na pewnym złomowisku zaopatrzyłem się w dość dobry akumulator, żarówki i pojechałem dalej. Gdy wjeżdżałem do Los Angeles pomyślałem sobie; ale duże miasto, pełne pięknych kobiet luksusowych aut – tu Rysiu sobie poszalejesz! Był 1 czerwca 1985 roku. Noc przespałem w malutkim hoteliku, a następnego dnia wynająłem duży pokój na parterze domku z osobnym wejściem za 300 dolarów miesięcznie. Rozmyślałem o zatrudnieniu się jako kierowca ciężarówki, miałem uprawnienia na prowadzenie aut ciężarowych.

W ostatnim czasie nie piłem, nie brałem narkotyków byłem zdrowy. Wypożyczyłem od gospodarzy rower i pojechałem na najbliższą plażę. Gdy tylko usiadłem pojawili się przy mnie młodzi ludzie oferujący mi Biblię. Powiedziałem, że już mam, jestem dobrym człowiekiem, a im mogę powiedzieć, że są naiwni i wierzą w zabobony bo nie ma żadnego boga. Miałem niewiele pieniędzy a zbliżały się moje urodziny więc postanowiłem kupić 3 małe bułki i butelkę wina.

Przyszedłem do wynajętego pokoju położyłem się na łóżku dobiegał mnie turkot nisko przelatujących samolotów i śpiewy ludzi z sąsiedztwa. Nagle czuję, że ktoś jest w tym pokoju. Nikogo nie widzę ale jest odczuwalna jego obecność. Poczułem jak ktoś włożył w moje wnętrze rękę i ogląda moje serce. Czułem, że za chwilę będę unicestwiony i przestanę istnieć. Podniosłem się na rękach wołając Jezu ratuj!. Ręka się cofnęła – czułem się wypluty. Wtedy wyrzuciłem z siebie; skoro jesteś Bogiem to dlaczego nie powiedziałeś mi o tym jak byłem w obozie w Austrii?. W tym momencie na półce nad łóżkiem zauważyłem jedyną książkę którą miałem a była to Biblia. Od tego zdarzenia czytałem ją z wielkim zainteresowaniem. Przeczytałem całą Biblię trzy razy doznając duchowej przemiany.

Chodziłem po barach i opowiadałem znajdującym się w nich ludziom Ewangelię. Będąc w Nowym Jorku uczęszczałem do kościoła gdzie pastorem był Dawid Wilkerson autor książki „Krzyż i sztylet”, misjonarz pracujący wśród młodocianych nowojorskich gangsterów. W niedługim czasie skazano mnie na 2 lata więzienia za to, że dołączyłem do grupy chrześcijan, czytaliśmy na głos Biblię przed wejściem do kliniki aborcyjnej utrudniając wejście tym, którzy pozbawiali życia nienarodzone jeszcze dzieci. Następnie za takie protesty razem z innymi trafiałem już jako recydywa do więzienia jeszcze 15 razy. Osadzano mnie z groźnymi przestępcami którzy nie zrobili mi nic złego ponieważ stwierdzali, że jestem naturalny i nieszkodliwy. Siedząc opowiadałem im o wielkiej miłości Jezusa do wszystkich grzesznych ludzi również do tych odsiadujących dożywotnie wyroki.

Po wyjściu z więzienia podejmowałem próby ściągnięcia żony i synka do Stanów. Wiesia kilkakrotnie starała się o wizę ale nie otrzymała jej. Do kraju wróciłem w 1995 roku. Syn Paweł miał skończone 15 lat. Po moim powrocie urodziło się nam drugie dziecko córeczka Ania. Pracując zawodowo zaangażowałem się również w dystrybucję Pisma Świetego w założonym wcześniej w Kielcach oddziale Międzynarodowego Stowarzyszenia Gedeonitów. Moim mottem życiowym jest „Żyj tak jakbyś miał jutro umrzeć”.

Wielu mówi, że życie nie ma sensu.

Rozmieniają je na drobne, goniąc za rozrywkami. Skąd więc ciężary na sercu, sumieniu. Skąd depresje? Poradnie i szpitale psychiatryczne zapełniają się w dużym stopniu ludźmi, którzy jeszcze wczoraj snuli plany o zrobieniu kariery czy odniesieniu wielkiego sukcesu w interesach. Byli zdrowymi, trzeźwo patrzącymi w przyszłość obywatelami. Miało być tak wspaniale…

Młody człowiek strzelił sobie w usta. W liście, który zostawił napisał tylko tyle: „Nie wiem, po co miałbym dłużej żyć – dlatego odchodzę. Moje życie jest pozbawione sensu”. Potworne!

Pytanie o sens życia jest ogromnie ważne dlatego,że mamy tylko jedno życie! Wielu myśli w chwili śmierci:„Gdybym mógł jeszcze raz zacząć życie od początku, postępowałbym zupełnie inaczej!”.[/show_more]

„Jedenasty gwóźdź”

Adam[show_more more=”rozwiń” less=”zwiń”]

Urodziłem się na początku dekady czasów Edwarda Gierka[1] w rodzinie kulturowo dość zmiksowanej: Mama góralka, tato ze Lwowa. Oboje z bogatymi doświadczeniami powojennymi. Byłem ostatni z trojga rodzeństwa. Dwie siostry bliźniaczki podobne do siebie do tego stopnia, że na wezwanie nauczyciela wychodziły do odpowiedzi zamiennie, w zależności, która lepiej znała temat. Zawsze się udawało, tym bardziej, że obie chodziły w identycznych ubraniach. Pamiętam ich krótkie kiecki i wysokie aż nad kolana kozaki z wielkimi obcasami. To czasy ABBY i SMOKIE, zespołów które opanowały serca ówczesnej młodzieżówki. Sześć lat po ich urodzeniu na świat przyszła trzecia siostra, kolejne sześć lat przerwy no i ja. To się nazywa planowanie. A poważnie? Wpadka.

Jako dziecko (wtedy nie umiałem jeszcze czytać) miałem dwie, szczególnie ulubione zabawy. Jeżeli podczas czytania chcesz się śmiać – nie hamuj tego 🙂 Powiem o co chodzi, bo będzie to potrzebne na samym końcu tej historii. Czasy, kiedy bawiłem się w tą zabawę to czasy czarnobiałych odbiorników i programów nadawanych dopiero po 16-tej. Często jedynym punktem w programie, który można było o tej porze obejrzeć były obrady Sejmu lub przemowy sekretarza KC PZPR, towarzysza Edwarda Gierka. Miałem pięć lat. Co miałem oglądać? Gapiłem się więc uparcie w ekran i próbowałem cieszyć się czarnobiałymi facetami w garniturach. To, co ujęło mnie szczególnie, to momenty, w których za mównicę wychodził Edward Gierek i rozpoczynał swoje przemówienia przerywając je cyklicznie szelestem przekładanych w pliku kartek: czszszt. Ten szelest mnie elektryzował. Sam nie wiem czemu. Zacząłem wyrywać pliki kartek z pustych zeszytów siostry i choć nie umiałem pisać zapełniałem je od góry do dołu szlaczkami, znaczkami, kółkami, kwadracikami… Miałem tego całe pliki – jak Edward Gierek. Pamiętam to do teraz. Kiedy nikt nie widział, wchodziłem wówczas na wysokie krzesło, brałem zapisane „przemówienie” patrzyłem przez firankę na przechodzących ludzi (oczywiście nie widzieli mnie) i zaczynałem tak, jak słyszałem w telewizji: „Drodzy towazyse i drogie towazyski. Jesteśmy tutaj po to, aby naznacać kierunek nasego kraju…”, po czym przemowę przerywałem cyklicznie szelestem swoich zabazgranych kartek: czszszt. Potem znowu coś gadałem i znowu: czszszt. Mogłem tak długo.

A druga ulubiona zabawa? Wyobraź sobie. Słoneczny dzień, ponad 28 stopni ciepła, koledzy bawią się na zewnątrz. A ja? Siedzę na starej wersalce w ciemnym pokoju z małymi okienkami, trzymam w rękach metalową pokrywkę z garnków mamy, ze szpary pomiędzy bocznym oparciem a kanapą, tam, gdzie zwykle wpadają śmieci, wystaje drewniana warzecha[2] i udając kierowcę przez trzy godziny kręcę pokrywką i zmieniam biegi załatwiając wirtualnie wiele przeróżnych spraw. Mama nakłania mnie do wyjścia na dwór: „Co ty wyprawiasz? Chcesz słoneczny dzień przesiedzieć w domu? Jazda do kolegów! Będziesz tutaj siedział, gdy będzie padał deszcz!

– Ale mamo, nie mogę teraz, muszę jeszcze załatwić różne sprawy! – broniłem się jak mogłem. Oto moje dwie ulubione zabawy. Na razie je zostawimy, ale wrócę do nich na końcu.

Rodzice dorabiali się wszystkiego od przysłowiowej łyżki, a ich pracodawcą (aż do emerytury) były Polskie Koleje Państwowe. Tato pracował dużo. Był cenionym specem technicznym od obsługi silników austriackich maszyn Plasser&Theurer przeznaczonych do budowy i utrzymania torowisk, dlatego często wyjeżdżał w różne rejony Polski. Do dziś zachodzę w głowę, jak jego wielkie jak patelnie łapy tak sprawnie poruszały się po klawiaturze akordeonu. No tak, tego jeszcze nie wiecie – Tato prowadził pięcioosobową kapelę, która jak na tamte czasy miała sporo roboty. Obgrywali kantyny wojskowe, śluby, imprezy sylwestrowe i inne. To było to, co mnie, siedmiolatka zaczęło wkręcać.

Jak pamiętam, stukałem we wszystko, w garnki, szklanki, nogi od stołu i tak zostało mi do dziś. Czasami, nawet w gościach, zapomnę się i wystukuję jakieś rytmy pod cudzym stołem. Rytmy zawsze były dla mnie ważne. Jako siedmiolatek zacząłem stukać w prawdziwe bębny perkusji, którą często po imprezach przywożono do „magazynu” czyli naszego domu. Nauczyłem się rozkładać klamoty, a potem włączałem jakąś muzykę z płyt winylowych czy kaset i kombinując uczyłem się tworzyć coś swojego. Kiedy miałem osiem lat po raz pierwszy pozwolono mi zagrać kilka kawałków na prawdziwej imprezie, potem drugiej, trzeciej… Jeśli było blisko tato czasami zabierał mnie z sobą, a ja tylko rwałem się i marzyłem, żeby mnie wpuścili choć na chwilę. Czułem się jak w niebie, choć z niebem nie miało to nic wspólnego.

Tato pił. Jak to przy muzyce, alkoholu nigdy nie brakowało. Po zakończonych imprezach cała ekipa zwykle już zalana, zwalała do naszego domu, aby dalej poprawiać to, czego poprawiać nie trzeba już było.                                                     Imponowali mi ci faceci. Byli ważni zbierali oklaski prosili ich, aby grali tu i tam. Chciałem być jak oni, ale najbardziej jak ich szef – mój Tata. Przy różnych okazjach zacząłem próbować i podkradać wódkę, a kiedy bywałem z Tatą na imprezie, jako przyklejany członek zespołu, oficjalnie mi ją proponowano: „no to jak, mały! To jesteś częścią tego zespołu czy nie?” Nigdy się nie krzywiłem, bo to wstyd, a jeśli mam być taki jak Tata… Wszystko wskazywało, że właśnie zmierzam w jego ślady.

Podczas kolejnej umówionej imprezy weselnej zdarzyła się katastrofa, która dla mnie okazała spełnieniem największego –  jak na tamten czas – marzenia. W ten weekend wypadł ze składu główny perkusista. Żeby ratować honor kapeli na gwałt szukano kogoś innego, ale nie znaleziono. Jedyną deską ratunku pozostał ten niewyrośnięty dziewięciolatek, który czy przeżyje szesnaście godzin grania? Nieważne – byłem wniebowzięty! Teraz miałem okazję naprawdę być członkiem zespołu, nie jakimś tam przyklejanym dodatkiem. Gospodarze imprezy traktowali mnie jak dorosłego. Miałem własne miejsce przy stole muzyków, takie same zastawy, sztućce no i… kieliszek. Z zachwytu prawie rosły mi wąsy. Nie dopuszczałem myśli, że mam korzystać z połowy porcji posiłków i innych dodatków. Wszystko miało być tak samo, jak pozostali członkowie. Wytrzymałem czternaście godzin, a o 4:30 rano zjeżdżałem już z obrotowego krzesełka bez grama sił. Tymczasem wesele chce się bawić, ale jak to możliwe bez zespołu i perkusisty? Proszony o to, aby grać dalej z opadłymi rękami kręciłem tylko głową: „nie dam już rady”, co też reszcie chciał wytłumaczyć mój Tato. Pamiętam wtedy wysoką dziewczynę z długimi, czarnymi włosami, która po nieudanej próbie nakłonienia mnie do grania zniknęła w drzwiach obitych grubymi futrynami. Pojawiła się po około dwudziestu minutach z ogromną metalową michą z której wypadały niemieszczące się już banknoty zebrane od ponad 120 gości weselnych.

– Graj! – powiedziała stanowczo wyciągając miskę w moją stronę. Grałem przez następne dwie godziny. Tego dnia (a raczej nocy) dziewięciolatek zarobił więcej pieniędzy niż wszyscy członkowie zespołu razem wzięci. Mój Tato był na tyle honorowy, że nie odebrał mi tych pieniędzy, ale już następnego dnia dobrodusznie przekazałem je wszystkie mojej siostrze. Rosły mi skrzydła, ale niebem nadal to nie było.

Pamiętam jak dziś krzyk i łzy mamy. Prosiła „nie rób tego!” Krzyczała do taty z którym właśnie rozpalaliśmy ognisko z płaszczy i kurtek na środku gościnnego pokoju. Było po jakiejś dramatycznej kłótni. Innym razem instrumenty leciały przez otwarte drzwi prosto na podwórko.

Choć ludzie mówili: „ten chłopak ma wielki talent, poślijcie go do szkół”, Mama wiedziała, że rytmy, które wybijam są destrukcyjnymi rytmami życia, które tak naprawdę się jeszcze nie zaczęło.

Świadkiem tych wszystkich wydarzeń była dziwna, inna niż wszystkie, książka w czerwonej obwolucie z grubym tłoczonym napisem: Biblia Święta, dostojnie stojąca na domowej półce. Zawsze leżała tam, gdzie miejsce wszystkich książek i nawet Tato poczytywał czasami żeby później móc dyskutować z nawiedzającymi nasz dom Świadkami Jehowy. I chociaż w domu nie było co do Biblii wielkich uprzedzeń, to jednak całkiem serio nikt jej nie traktował. Minęło trochę czasu, a w naszym domu pojawili się nasi krewni i jeszcze jacyś poważni ludzie. Długie dyskusje, częste odwiedziny, w końcu regularne niedzielne spotkania, ale nic z tych rzeczy, które działy się w gościnnym pokoju nie pociągało mnie ani formą, ani treścią. Dokładnie pamiętam, jak kilkunastoosobowa grupa śpiewała jakieś nudne kawałki, podczas gdy ja w tym samym czasie razem z siostrami oglądałem za ścianą telewizję, która wydała się o wiele atrakcyjniejsza od smętnego monologu kaznodziei, który jeśli już do mnie podchodził to po to, aby powiedzieć mi co powinienem, a czego nie powinienem robić.

Pod wpływem tych spotkań skończyło się granie w kantynach i na innych imprezach. Tato przesłał się upijać… zauważyłem sporo zmian i wiedziałem, że mają one związek z Biblią i ludźmi, którzy nas odwiedzają. Choć byłem zachęcany do jej czytania interesowałem się nią z czysto technicznych powodów. Żadna z książek nie miała tak bibułkowatego, nietypowego papieru, dwuszpaltowego druku i czerwonej obwoluty. Ciekawiło mnie to. Czytanie Biblii rozpoczynałem pięciokrotnie bez większych rezultatów. Zwykle dochodziłem do 16 rozdziału pierwszej Mojżeszowej, aby po kilkumiesięcznej przerwie znów rozpocząć od początku. Nic poza tym.

Jako chłopak byłem już niezłym kombinatorem. Podkradałem rodzicom papierosy, a że były kręcone na metry i podawane na wagę, trudno im się było zorientować. Uczyłem palić kolegów, a ci, którzy nie potrafili puszczać kółek lub się zaciągać dostawali od nauczyciela po głowie. Zawsze lubiłem mieć coś na zapas, nie tylko papierosy, w zasadzie dotykało to różnych obszarów mojego życia. Przykładowo, kiedy Tato kazał przynieść dziesięć gwoździ, wolałem wziąć jedenaście. A gdyby jeden był felerny, albo zgubił się? – myślałem. Nie lubiłem być niemile zaskakiwany okolicznościami i zawsze musiałem mieć coś „ratunkowego”. Taki sposób na życie.

Uczyłem się jak naprawiać rzeczy jednorazowe i robić jak mawiał mój Tato: „myśl, chłopie, dużo myśl, a potem rób”. I wymyśliłem.

Patrząc na życie styranych pracą rodziców, choć młody i głupi, zacząłem się zastanawiać nad sensownością życia. Samego siebie zasypałem pytaniami, które spowodowały, że straciłem sens życia. Być może cię teraz przynudzę, ale chcę pokazać ci mój tok myślenia jako jedenastolatka.

Mama ciągle denerwowała mnie pytaniami: „a zadanie do szkoły na jutro zrobione?”

– A tak w ogóle po co mi ta szkoła? – pytałem sam siebie i rodziców.

– Jak to po co? Po to, żebyś coś wiedział i później mógł pójść do lepszej szkoły.

– Ale do czego mi ta lepsza szkoła? – ponawiałem pytanie.

– Po to, żebyś mógł zdobyć dobrą pracę i zarabiać dobre pieniądze.

– W zasadzie po co mi te pieniądze? No tak, wiem. Po to, żebym mógł kiedyś zbudować dom, kupić samochód, zdobyte mozolną pracą pieniądze mógł wydać na dwa tygodnie dobrych wakacji i potem, zmęczony znów wrócić do ciężkiej pracy… Acha, no jeszcze żeby kiedyś założyć rodzinę i mieć dzieci…
– Ale po co mi dzieci? No tak, logiczne, po to, żeby cieszyć się nimi, w końcu posłać je do szkoły, po ciężkim mozole wysłać je do lepszej szkoły, aby znalazły dobrą pracę…

Wnioski do jakich wtedy doszedłem spowodowały, że moje życie jakby się skończyło. Straciłem sens. Jeżeli w tym życiu chodzi tylko o to – mówiłem sobie – żeby ciężko harować i mieć to, co ma mój Tato (a pomimo starań naprawdę mieliśmy niewiele), to jest to całkowity bezsens i najbardziej sensowną rzeczą jest to, by to życie w miarę szybko zakończyć. Zaś temu, który to życie skonstruował najwyraźniej nie wyszło. Miałem około 11 lat. Jeśli chodzi o sensowność życia i wieczność, to zabrakło mi tego „jedenastego gwoździa”. Moje przytłaczające wnioski to jeszcze nie myśli samobójcze, ale z pewnością do tego prowadziły. Na szczęście Bóg obserwował moje życie i miał wobec mnie konkretne plany.

Czytanie nie było dla mnie karą więc robiłem to dość często. Zaczytywałem się szczególnie w książkach przygodowych Jerzego Chmielewskiego, a później Karola Maya wypożyczanych w szkolnej bibliotece. Któregoś dnia szukałem znudzony czegoś na lodówce.

Złapałem coś papierowego. Książeczka jakaś? Co to jest? „Teraz nasz Wódz!”[3] – brzmiał tytuł na niebieskiej okładce niewielkiej, 29-stronicowej książeczki z której prawie połowa to obrazki przedstawiające chłopaka w moim mniej więcej wieku. Zamknąłem drzwi i zacząłem czytać. „Było to w niedzielę po południu, w zimie. Piec był gorący i w pokoju było przyjemnie, ciepło. Chłopcy szukali sposobności, aby spędzić kilka chwil na rozmowie z ojcem…”

Połowa książeczki była opowieścią ojca o niesamowitym miejscu, niebie, w którym nie będzie już bezsensu, kłopotów, chorób i tego typu rzeczy, ale i o tym, że niestety nie wszyscy tam się znajdą. Była mowa o grzechu i wszelkiej nieczystości, które zamykają człowiekowi drogę do wieczności i których Bóg z powodu swojej świętości bardzo nienawidzi. Chłopcy na rysunkach byli bardzo zasłuchani, a ja razem z nimi. Gdzieś w połowie książeczki buchnąłem cichym, ale głębokim płaczem. Przyszło tak ogromne przekonanie o grzechu, że sam nie wiedziałem, co się dzieje. Poczułem się wrednie, niczym najgorszy przestępca. Bardzo wyraźnie, jak pod reflektorem zobaczyłem, że w tym stanie nigdy nie znajdę się w niebie. Płakałem z 15-20 minut tak, aż zanosiłem się od płaczu załamany sam sobą. Dziękuję Bogu, że w tym momencie nie było żadnych „przeszkadzaczy” i miałem możliwość pójść do drugiej połowy książeczki, która wysłała do mnie komunikat: „Istnieje jednak możliwość, abyś mógł pójść do nieba”. Czytałem z takim przejęciem, jakbym wisząc nad przepaścią chwytał zrzuconą linę ratunkową, choć nie wiem jeszcze, kto ją zrzucił. Ale to było obojętne. Grunt, że jest nadzieja.

Czytałem, jak ojciec z opowieści mówi chłopakom o Jezusie, Jego przyjściu, krzyżu i zmartwychwstaniu, o tym, dlaczego to zrobił. W końcu dotarłem do strony, gdzie ojciec zaprasza swoich synów do modlitwy o przebaczenie grzechów, a że ja również byłem ich bardzo świadomy zrobiłem to samo, co oni – uklęknąłem i zacząłem się modlić: „Boże, wiem, że jestem grzesznikiem…” Nie umiałem się modlić, ale słowa, które czytałem były tak prawdziwe, jakbym sam je wymyślił. Oddawały dokładnie to, co miałem w sercu i czego pragnąłem. Tego dnia zdecydowałem oddać swoje życie w panowanie Jezusowi. Nie będąc jeszcze do końca świadomy co się stało, nie znając takich terminów jak usprawiedliwienie, usynowienie, odkupienie… zostałem usprawiedliwiony, usynowiony i odkupiony. Wydarzyło się coś bardzo wielkiego: znalazłem swój „jedenasty gwóźdź”, zabezpieczenie co do wieczności i sensowności życia tutaj. Miałem dwanaście lat. To, co się stało, zachowałem dla siebie nikomu o tym nie mówiąc.

Nie wszystko zmieniło się w moim życiu tak, jak dzieje się to w przypadku wielu innych, zbawionych ludzi. U mnie raczej zaczęły się kłopoty. Niedługo potem poszedłem z kolegami na cudze orzechy, jak zawsze. Ale tym razem poszło inaczej. Uciekając przed goniącym nas sąsiadem wywróciłem się na torach kolejowych uderzając twarzą w szynę. Ból, krew… Po innym wybryku gwałtowna „pała” z klasówki. Jeszcze innym razem wywalam się brzydko na rowerze. Co się dzieje? Przecież takie historie nie miały miejsca wcześniej?! Zauważyłem, że po każdym wybryku ponoszę bolesne konsekwencje. Zrozumiałem to lata później, kiedy już głębiej studiowałem Słowo, że stając się Bożym Dzieckiem, Bóg stał się moim Ojcem, który zaczął mnie wychowywać i dyscyplinować za każdym razem, kiedy tylko zaszła taka potrzeba. Tak jest do dziś.

Ostatecznie razem z Tatą znaleźliśmy się w chrześcijańskiej społeczności w naszym mieście. Później dołączyła też Mama, a w późniejszym czasie reszta rodziny. 10 kwietnia 1988 roku w Bielsku-Białej miał miejsce chrzest, który jest między innymi obrazem pogrzebu. Kto umarł? Stary Adam, który tego dnia uświadomił sobie, co tak naprawdę stało się w jego życiu. Drżącymi rękoma po raz pierwszy w swoim życiu, podczas komunii podniosłem do ust kielich Pamiątki wdzięczny Bogu za to, że okazał mi tak wiele łaski i znalazł mnie zanim wydarzyło się coś złego. Ale nie chodzi o to, co się nie wydarzyło, ale co dopiero wydarzyć się miało.

Choć miałem zaledwie szesnaście lat od tego momentu w miarę regularnie byłem proszony przez Braci o dzielenie się Słowem Bożym na niedzielnych nabożeństwach. Trzy lata później w ramach amerykańskiej misji Bible Education by Extention rozpocząłem studium Nowego Testamentu, a potem rok teologii systematycznej i rok Starego Testamentu. Nie ma co ukrywać, to co mnie szczególnie motywowało to potrzeby umierającego zboru. Pomimo młodego wieku Pan Bóg wyraźnie kładł mi na serce odpowiedzialność służby w zborze i głoszenie Słowa. Międzyczasie, a trwało to 4 lata modliłem się o żonę, która byłaby Bożym darem dla mojego życia. Modliłem się długo, bo bałem się pomyłki.

Założenie rodziny spowodowało wielką zmianę w moim charakterze. Spoważniałem. Nie jestem już podlotkiem, ale mężem, no i wkrótce ojcem – myślałem sobie. Drastycznie zmieniło się moje podejście do życia, przesiadłem się z tylnych do przednich rzędów, a służba dla Pana zaczęła odgrywać coraz poważniejszą rolę. Kiedy ufasz Bogu On coraz bardziej przyciąga cię ku sobie.

Kiedy wyrzucasz kolejne „worki z piaskiem” ze swojego „kosza życia”, to twój balon wznosi się coraz wyżej, dzięki czemu możesz zobaczyć więcej. Dwa lata po ślubie postanowiłem pójść do czteroletniego seminarium biblijnego, aby bardziej poznawać Boga i Jego plany względem naszego życia. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, co Bóg ma dla mnie i mojej rodziny.

Zostałem przez Niego obdarowany wyjątkowo dobrze płatną pracą w dużej firmie obuwniczej, a potem dwójką wymarzonych synów. W tym czasie na naszej drodze zaczęło też pojawiać się coraz więcej ludzi potrzebujących pomocy. Mając oczy szeroko otwarte na to, co się dzieje pojąłem, że nie siedzę w seminaryjnej ławce po to, aby zdobyć wiedzę na temat Boga, lecz aby rozsądniej móc pomagać innym i przyprowadzać do Chrystusa. Nastąpiło przekierowanie ze służby w lokalnym kościele na służbę wśród ludzi z zewnątrz. Po pierwszym roku seminarium pojawiało się ciągle to samo pytanie na które szukałem odpowiedzi: Panie Jezu, pokaż drogę, którą masz dla nas. Był rok 1997.

W swoim miejscu pracy, Kalwarii Zebrzydowskiej, nieustannie składałem świadectwo o Panu Bogu w skutek czego, tuż za płotem zakładu, w domu jednego z pracowników rozpoczęły się regularne spotkania biblijne. W firmie zahuczało. Nie podobało się to szefom, którzy na różne sposoby chcieli zablokować tą dywersyjną – jak to nazwali – działalność.

Jest 4 czerwca 1998 roku, rocznica naszego ślubu i dzień, który zaważy na naszej przyszłości. Tego dnia udaję się na spotkanie ze znanym kaznodzieją i wykładowcą. Czesław Bassara przyjmuje mnie z otwartymi ramionami, a ja z entuzjazmem opowiadam o swoich misyjnych, kalwaryjskich perypetiach. Szukam porady kogoś doświadczonego. Po zakończonej rozmowie mówi: „Po tym, co widzę i słyszę, śmiem twierdzić, że Bóg powołuje cię do pełnoczasowej służby misyjnej. Czy myślałeś o tym kiedyś?”

Uszczypnijcie mnie! Dla mnie było to jak otwarcie furtki do zamkniętego, nieznanego ogrodu, a ja jakbym urwał się z łańcucha. Rozpłakałem się. Tak, myślałem kiedyś o tym, ale nie miałem na tyle wiary, aby sądzić, że w moim przypadku jest to w ogóle możliwe. To, co jedynie zrobiłem, to mając 19 lat spisałem na kartce w kratkę swoje nieśmiałe marzenia i to, co chciałbym robić dla Boga w przyszłości: po pierwsze, chciałbym głosić ludziom ewangelię tutaj, gdzie mieszkam, po drugie, jeszcze bardziej chciałbym pasją do jej głoszenia zarażać innych chrześcijan w różnych miastach (wymieniłem ich nazwy) tworząc zespoły ludzi przygotowane do mądrej ewangelizacji indywidualnej.

Jak się okazało, do ogrodu, którego drzwi właśnie zostały mi otwarte weszliśmy z żoną trzy lata później angażując się w zakładanie wspólnot i rozwijanie ewangelizacji indywidualnej w Polsce w ramach pracy Ligi Biblijnej. Niezwykle pasjonująca służba, którą kontynuujemy od 2001 roku!

Bóg na nowo pokazuje mi wartość tego, co wolno nam robić. Ta praca nie ma znaczenia tylko do emerytury. To, co robimy i owoce jakie to generuje zostaną przeniesione do wieczności, mają znaczenie tu i teraz i będą miały znaczenie po tamtej stronie życia. Dzięki Ci, Panie, za „jedenastego gwoździa”, za to, że wiem, dokąd idę i po co robię to, co robię! Kiedyś wnioskowałem, że życie nie ma najmniejszego sensu, że sens ma to, by zakończyć je wcześniej. Dziś niektórzy proszą mnie o prowadzenie wykładów „Jak żyć z pasją”. I to jest Jego praca jaką nade mną wykonał!

Cała nasza rodzina, żona i dwóch chłopaków, jest zaangażowana w służbę w kościele. O to gorliwie się modliliśmy i na tym Jezus położył swoją rękę. Bóg pozwala nam głosić Słowo w różnych miejscach Polski (czasami poza granicą) na konferencjach, obozach, szkolić misjonarzy czy przyszłych ewangelistów. Po drodze dzieje się coś ciekawego. Zdarza się, że po kilkunastogodzinnej aktywności (podróże i spalające wykłady) musimy wrócić do domu jeszcze tego samego dnia albo nocy, aby rano stanąć rześkim na niedzielnym nabożeństwie w naszej niewielkiej póki co społeczności. To niemałe, fizyczne wyzwanie. Czasami pastorzy widząc zmęczenie zachęcają: „Nie wracaj już dziś do domu, jest późno i jesteś padnięty. Zostań, odpocznij, a jutro będziesz głosił Słowo na naszym nabożeństwie”. Pomysł świetny, ale zwykle muszę wracać do swoich.: „Czy dasz radę? Nie zaśniesz?” – pytają. Działa u mnie taki dziwny mechanizm, że choć jestem bardzo zmęczony, a do domu setki kilometrów, po włożeniu kluczyka do stacyjki nagle następuje jakby wewnętrzne kliknięcie, szeroko otwierają się oczy, ciało się sprężynuje i bez sztucznych zasilaczy, RedBulli czy Expresso jestem w stanie podróżować długie godziny w zupełnej ciszy, nie mrużąc oka. Jak to możliwe – pytają mnie inni, ja pytam sam siebie i w końcu Boga: skąd się to bierze, Panie, że mam na tyle siły, że padam z nóg dopiero po wyjęciu kluczyka ze stacyjki? I dostałem odpowiedź.

Jakiś czas temu z moich szpargałów wypadła (wspominana wyżej) kartka z moimi marzeniami. Zapomniałem o niej. Czytam i nie wierzę. Po kilkunastu latach od jej napisania widzę, że robię dokładnie to, o czym marzyłem. Łzy się leją z oczu. Panie, Ty nigdy nie zapominasz…

Jeszcze coś Bóg mi pokazał? Chcesz wiedzieć skąd siła i pasja do tego, co robisz? Przecież pozwalam ci bawić się w najlepsze zabawy z twojego dzieciństwa! I rzeczywiście, minęły lata, a ja nadal godzinami siedzę w „pokoju z małymi okienkami, trzymając metalową pokrywkę z garnków mamy, ruszam warzechą i załatwiam wiele spraw” podróżując od miasta do miasta i nawiązując współpracę z nowymi zborami. A kiedy docieram na miejsce, biorę w rękę Biblię i… swój plik zabazgranych kartek, staję na podwyższeniu, patrzę prosto w oczy słuchaczy i zaczynam bardzo podobne, ale już nie Gierkowe przemówienie: Drodzy Bracia i Drogie Siostry, jesteśmy tutaj po to, aby naznaczać kierunek tego kraju…

I znów łza się kręci w oku. Łza wdzięczności za to, co ON zrobił i co jeszcze zrobi!

 

 

[1] W latach 1970–1980 sekretarz KC PZPR, polski polityk i działacz komunistyczny.

[2] Rodzaj długiej, drewnianej łyżki z jasnego drewna służącej do gotowania

[3] Zjednoczony Kościół Ewangeliczny, 1974

[/show_more]